Powstanie warszawskie to nie „przygoda”

Jak co roku o tej porze w Polsce odżywa pamięć o powstaniu warszawskim. Tegoroczna rocznica, już siedemdziesiąta, z okazji okrągłości odbywa się z większą niż zazwyczaj pompą. W warszawskiej komunikacji miejskiej raz po raz puszczane są reklamy obchodów powstania, materiały o tym, jak wiele mu zawdzięczamy i o tym, dlaczego bez niego Polska nie byłaby dzisiaj taką samą Polską. Jak co roku też mam z powstaniem problem. Z jednej strony rozumiem powstańców – zwykłych ludzi, jak z Pamiętnika Białoszewskiego, którzy zachowali się tak, jak zachować się musieli w tamtych okolicznościach. Z drugiej jednak nie podzielam ogarniającego w tym czasie dużą liczbę Polaków bojowego zapału i fascynacji samym powstaniem.

Choć nie brakuje innych głosów, to powstanie przedstawiane jest Polakom głównie jako chwalebny moment, symbol polskiego heroizmu i coś, co dzisiejsi obywatele powinni powtórzyć bez wahania, jeśli tylko byłaby taka potrzeba. W masowym przekazie brak miejsca na subtelność, wieloznaczność i wątpliwość, powstanie warszawskie jest więc ukazywane nieco mitycznie. Czego tu nie lubić? Uciemiężeni Polacy, od początku wojny prześladowani i zabijani przez Niemców, podejmują nierówną walkę z okupantem o wyzwolenie stolicy. Walkę co prawdą przegraną, ale walkę-symbol, walkę o honor całego narodu i pokazanie że „jeszcze Polska nie zginęła”…

Pokazywane jest więc to powstanie jako coś, czemu zawdzięczamy naszą dzisiejszą wolność. Mówi się, że bez przelanej krwi na ulicach, nie mogłoby powstać piękno i że to właśnie dzięki powstaniu warszawskiemu możemy dzisiaj mówić o naszej przyszłości. Tłumaczy się, że każdy kto chce nazywać się Polakiem musi strzec jego pamięci i być niezachwianie przekonanym o jego słuszności. Śmierć dla ojczyzny jest przedstawiana jako sprawdzian honoru i zasad, a każdy, kto ma co do tego wątpliwości będzie „zdychał jak niewolnik”. Wątpliwości, rozterki i krytycyzm muszą ustąpić pola, kiedy pada słowo „Ojczyzna”.

Powstanie jest cool

Podwórkowi powstańcy
„Podwórkowi powstańcy” – piknik rodzinny organizowany przez Muzeum Powstania Warszawskiego.

Nowym przejawem takiej postawy jest wdarcie się powstania warszawskiego do kultury popularnej. Nalepki, koszulki z kotwicą, powstańcze czapki i inne gadżety można kupić w wielu miejscach; powstały nawet sklepy specjalizujące się w takiej odzieży. Na jednej z koszulek można zobaczyć Małego Powstańca, na innej hasło „Po obiedzie pójdę walczyć, mamo”. Noszenie takich rzeczy to demonstracja swojego zaangażowania w sprawę i sposób na ukazanie swojego patriotycznego ducha.

To jednak tylko czubek góry lodowej. W okolicach 1 sierpnia urządza się wiele imprez poświęconych powstaniu, które do tej pory spędzane było w raczej podniosłej atmosferze. Niektóre z nich są miejscem zabawy najmłodszych, tak jak organizowane przez Muzeum Powstania Warszawskiego wydarzenie „Podwórkowi Powstańcy”, gdzie dzieci w wieku od 7 do 12 lat mogą „zbudować barykadę, odebrać zrzut i zrobić sobie zdjęcie z Powstania”.

Inne inicjatywy mogą być jeszcze dziwniejsze. Klocki z powstania, w których uśmiechnięty powstaniec strzela do uśmiechniętego Niemca z płonącego budynku? Ktoś właśnie je stworzył. Koszulka powstanki z plamami krwi po ranie od kuli na sercu? Można ją kupić już za 79 złotych.

W dzisiejszej kulturze powstanie warszawskie to coś fajnego i emocjonującego, o czym można snuć romantyczne opowieści. Dzieci i młodzież szkolone są, aby brać przykład z powstańców i być gotowym na równe mu poświęcenie.

I tylko z tyłu głowy pozostaje mi wezwanie Różewicza:

Zapomnijcie o nas
o naszym pokoleniu
żyjcie jak ludzie
zapomnijcie o nas

Czy rzeczywiście ten festynowy i paradny sposób obchodzenia rocznicy powstania, z roku na rok coraz bardziej szumny i celebracyjny, jest najlepszym sposobem na oddanie czci tym, który wtedy zginęli? Nie sądzę – przestaje to bowiem być święto poległych, a staje się świętem mitu i legendy o wielkości; a legendy, jak wiadomo, nie są rzeczywistością. To właśnie odchodzenie od historii i realistycznego przedstawiania powstania boli mnie najbardziej. Czy kultywując mit nadal jeszcze myślimy o poległych? Czy nie mówiąc o prawdziwym powstaniu nie celebrujemy raczej własnej dumy?

Co przyniosło powstanie

Zwłoki cywilów
Zwłoki warszawiaków zamordowanych przez wojska niemieckie.

Jak dzisiejsza popularna wersja powstania przedstawia się wobec tego, co naprawdę działo się w roku 1944? Wydawać się może, że mowa jest o dwóch zupełnie różnych powstaniach. To prawdziwe było klęską. Jego celem miało być wyzwolenie miasta od Niemców jeszcze przed przybyciem nadciągającej ze wschodu Armii Czerwonej. Miało być to kartą przetargową w rozmowach ze Stalinem oraz dowodem na sprawność działania polskiego rządu na uchodźstwie. Żadnego z tych celów nie udało się osiągnąć.

W wyniku działań Niemców życie straciło około 16 tysięcy z około 50 tysięcy powstańców; do niewoli trafiło 15 tysięcy innych. Straty wśród ludności cywilnej były jeszcze większe – zginęło około 200 tysięcy mieszkańców Warszawy. 600 tysięcy mieszkańców Warszawy i pobliskich miejscowości zostało wygnanych, 150 tysięcy z nich trafiło do obozów koncentracyjnych bądź zostało wysłanych na roboty przymusowe w głąb Niemiec. Zburzeniu uległa większość zabudowy miasta; hitlerowcy dokładali wszelkich starań, by zniszczyć jak najwięcej budynków o istotnej dla polskiej kultury i historii roli wraz z materiałami i działami, które się w nich znajdowały.

Jednak to nie same zniszczenia i śmierci, za które odpowiadali Niemcy, są w tym wypadku główną słabością powstania warszawskiego. II wojna światowa i niemieckie szaleństwo same z siebie przyniosłyby śmierć i zniszczenie temu miastu. To, co najważniejsze z punktu widzenia sensu i oceny powstania, to sposób jego przygotowań i zachowanie jego przywódców.

Bezład zrywu

Decyzję o podjęciu powstania, na które liczono od początku wojny, polski rząd na uchodźstwie pozostawił do podjęcia Delegatowi Rządu na Kraj, Janowi Stanisławowi Jankowskiemu. Jeszcze 13 października 1943 roku komendant główny AK, generał Tadeusz „Bór” Komorowski wygłosił referat na temat realności powstania, w którym mówił:

Czy wobec takiego stanu rzeczy [przewagi liczebnej i materiałowej Niemców nad Polską] powstanie we współczesnych warunkach jest w ogóle realne i nie będzie jedynie zbrodnią takiego skrwawienia narodu, że może być to równoznaczne z wykreśleniem jego istnienia z historii? (…)

Ryzyko współczesnego powstania jest szczególnie wielkie. Dlatego jako naczelne hasło wszystkich naszych poczynań zostało postawione „Powstanie nie może się nie udać”.

Uderzenie Prudentialu
Ikoniczne zdjęcie z powstania – pocisk moździerza uderza w wieżowiec Prudentialu.

W takim tonie właśnie rozpoczęto przygotowania. Zdawano sobie sprawę z niebezpieczeństwa, na jakie może narazić ludność przegrane powstanie; przegrana zatem nie stanowiła opcji.

Powstanie zdawało się coraz bardziej realne przez cały następny rok. Wojska radzieckie nacierały na Niemców od wschodu. Latem 1944 roku front znajdował się już niedaleko Warszawy. Jednak choć wiadomo było, że dni III Rzeszy są policzone, w dniach poprzedzających wybuch powstania siły niemieckie opanowały zamieszanie w swoich szeregach i przeszły do kontrofensywy, której efektem była wygrana przez Niemców bitwa pancerna pod Warszawą. Wskutek niej siły sowieckie spowolniły swój marsz na stolicę a jej odbicie oddaliło się w czasie.

26 lipca 1944 roku odbyła się odprawa Komendy Głównej AK, na której niektórzy oficerowie zalecali daleko posuniętą ostrożność, jednak inni popierali rozpoczęcie powstania. Charakterystyczne dla całej historii powstania jest zachowanie Antoniego Chruściela, pseudonim „Monter”, dowódcy Okręgu Warszawskiego AK, który przeprowadził inspekcję podlegających mu jednostek. Inspekcja ta wywarła na nim „deprymujące wrażenie”; szczególnie informacje o niewielkich zapasach broni i amunicji. Mimo tego „Monter” zdecydowanie stał za rozpoczęciem powstania – brak broni i amunicji zastąpić miała według niego „furia odwetu”. Spotkanie zakończyło się jednak na podsumowaniu, że nie ma podstaw do rozpoczęcia powstania. Sam generał „Bór” stwierdził, że nie rozpocznie się ono wcześniej, jak „w chwili, gdy wojska sowieckie zdezorganizują obronę niemiecką” oraz „gdy zarysuje się sowiecki ruch oskrzydlający Warszawę od południa”.

30 lipca Komenda Główna wysłuchała opinii Jana Nowaka-Jeziorańskiego, emisariusza z Londynu, który mówił, że powstanie, jeżeli się odbędzie, nie będzie mogło liczyć na zrzuty broni oraz zapasów wykonywane przez Zachód; stwierdził on też, że wywołanie go będzie równało się wywołaniu „burzy w szklance wody”.

Powstaniec z kanału
Polski powstaniec wyciągany z kanału przez wojska niemieckie.

31 lipca odbyły się dwie narady. Pierwsza była o godzinie trzynastej. Generał Komorowski odroczył podjęcie decyzji o powstaniu i zarządził drugą naradę, o godzinie 18. Decyzja zapadła jednak już o godzinie 17, kiedy do miejsca narady dotarł Antoni Chruściela – „Monter”. Pomimo tego, że obecnych było wtedy na miejscu jedynie czworo innych członków KG, nalegał on na podjęcie decyzji o powstaniu. Powoływał się na meldunki o zdobyciu przez Armię Czerwoną niektórych podwarszawskich miejscowości. Pod ich wpływem Bór-Komorowski wydał decyzję o rozpoczęciu powstania w Warszawie.

Gdy o 18 na miejsce dotarli pozostali członkowie narady, w tym Kazimierz Iranek-Osmecki, pseudonim „Heller” – szef wywiadu Komendy Głównej, na miejscu pozostał już tylko Bór-Komorowski. Przybyli poinformowali go o tym, że zamęt w szeregach Niemców został opanowany, a Wehrmacht przeszedł do ofensywy. O sytuacji na spotkaniu pisze Jan Ciechanowski w swojej książce Powstanie Warszawskie. Zarys podłoża politycznego i dyplomatycznego.

Jako pierwszy z trzech oficerów pojawił się płk. „Filip”, który dowiedziawszy się, że rozkaz do walki został już wydany zapytał gen. „Bora”: „Czy do decyzji pan generał nie potrzebował ani »Hellera«, ani mnie?” Generał „Bór” odparł, że obawia się, czy oddziały AK zdążą rozpocząć walkę przed wejściem wojsk radzieckich. Pułkownik „Filip” zaraz wyszedł, przybył zaś płk. Iranek-Osmecki i nieco później płk. Pluta-Czachowski. Pułkownik Iranek-Osmecki był zaskoczony decyzją „Bora”. Meldunek „Montera” uważał za przesadzony. Według jego wiadomości, o czym zameldował dowódcy AK, w rejonie Jabłonna-Wyszków koncentrowała się do bitwy niemiecka 19. Dywizja Pancerna natomiast przedmoście trzymało się i nie było mowy o jego opuszczeniu przez Niemców. Generał „Bór” wysłuchawszy meldunku miał popatrzyć na zegarek i powiedzieć: „Stało się. Jest już za późno, aby decyzję odwołać”. Przybyły około 18.00 pułkownik Pluta-Czachowski również zameldował gen. Borowi-Komorowskiemu, że ma informacje, iż rozpoczęło się już niemieckie przeciwuderzenie od Modlina, na co ten odpowiedział: „Już za późno. Rozkaz został wydany. Zmieniać nie będę”.

Sytuacja, która umknęła dowódcom Komendy Głównej AK, była wiadoma nawet szeregowym żołnierzom powstania. Stanisław Likiernik, pierwowzór postaci Stanisława Skiernika z książki Romana Bratnego Kolumbowie. Rocznik 20 tak wraca do tej sprawy po latach:

Dzień czy dwa wcześniej przyszedł do mnie Roman Bratny i mówi: „Jeżeli zrobimy powstanie, to Stalin zatrzyma się i poczeka, aż nas Niemcy wykończą”. Ja na to: „Roman, ja to wiem, ty to wiesz, więc nasi szefowie też to wiedzą. Muszą mieć jakąś koordynację z Rosjanami”. Ale – jak się okazało – nie mieli takiej koordynacji.

Dlaczego Stalin miał nam pomagać, jak Niemcy robili za niego brudną robotę?

Cześć powstańcom, czy cześć obchodom?

Bór i Bach
Po upadku powstania generał „Bór” Komorowski poddaje się Erichowi von dem Bach-Zelewskiemu, dowódcy oddziałów tłumiących powstanie.

Decyzja o podjęciu powstania została podjęta w oparciu o niepełne dane, pośpiesznie i pochopnie. Dlaczego? Tego do końca nie wiadomo. Postępując w ten lekkomyślny sposób generał „Bór” sprzeniewierzył się własnym założeniom powstania. Hasło „Powstanie nie może się nie udać” – zamiast wymagać od dowództwa jak najlepszego przygotowania i rozwagi w podejmowaniu decyzji – stało się pobożnym życzeniem i kolejną z wielu megalomańskich idei przesłaniających rzeczwistość.

Dzisiejsza publicystyka, głównie prawicowa, zdaje się podzielać ten sam nierozważny i nieracjonalny styl myślenia. To on właśnie 70 lat temu doprowadził do wybuchu powstania, które już na starcie skazane było na klęskę; to on dzisiaj każe przedstawiać powstanie warszawskie jako sukces, romantyczną i przyjemną historię, którą opowiada się młodzieży oraz źródło inspiracji dla nowych pokoleń.

Dziennikarz „Do Rzeczy” Piotr Gursztyn tak pisał na swoim Twitterze 1 sierpnia:

Mogą chooye się zapluwać na PW44. Ja mam wzruszenie każdego 1 VIII, a oni swoje puste, szambiarskie życie

Portal wPolityce pisze wprost:

Możemy Państwu obiecać, że ani wyszydzająca polskość narracja współczesnej lewicy ani jej zwyrodniała odmiana w postaci zychowszczyzny, tej współczesnej odmiany pornografii historycznej, nie będzie na naszych łamach promowana. Bo maniakalne urządzanie „dyskusji” na ten temat, rok po roku, wydaje się mieć jasny cel – chodzi o utrwalenie niskiej samooceny Polaków, odebranie im kolejnego powodu do dumy.

Piotr Zaremba też dołożył swoje trzy grosze:

Tymczasem duże grupy Polaków pamiętając o tragedii, chcą równocześnie widzieć w Powstaniu inspirujący zryw, ba nawet przygodę. Dla Wyborczej z przyległościami to horrendum.

Rzeź Woli
Ofiary rzezi Woli – odwetu Hitlera za powstanie, w wyniku którego zamordowanych zostało od 38 do 65 tysięcy Polaków.

„Przygodą” ma być brutalna walka, wskutek której zginęło ponad 200 tysięcy osób, a wiele więcej musiało opuścić swoje domy, często trafiając do obozów koncentracyjnych. „Przygodą” ma być podjęcie karkołomnej, nieprzemyślanej i pochopnej decyzji wpływającej na losy setek tysięcy istnień. Jedyne co mnie inspiruje w tej historii to niezwykła zaciętość i odwaga ludzi, którzy jednak zdecydowali się wtedy walczyć. Nie zmienia to faktu, że nigdy więcej nie powinniśmy nikogo stawiać w takiej sytuacji.

Dzisiejsze obchody powstania nie służą pamięci i oddawaniu czci prawdzie. Służą głównie tym, dla których to okazja do „podniesienia sobie samooceny”. Dla każdego, kto nie podziela zachwytu nad powstaniem przylepiana zostaje łatka „chuja prowadzącego szambiarskie życie”.

Pozwalanie, by nasze pragnienia wpływały na obraz rzeczywistości to prosta droga do klęski. To, że ktoś chce widzieć w powstaniu inspirujący zryw nie znaczy, że powstanie takim zrywem było. To, że jakiś fakt może nie poprawiać nam samooceny, nie znaczy, że nie jest prawdziwy. Krzykliwa tromtadracja jest o wiele bardziej szkodliwa od chłodnego, często bezlitosnego, osądu. Dziś na szczęście walka nie idzie o życie setek tysięcy, a jedynie o dochowanie wierności pamięci po nich – ludziach, których, być może, w innej historii nie czekałby tak okrutny los. Nie powinniśmy krzewić w ludziach fasadowego przywiązania do symboli i próżnej dumy, ale rozsądku i chłodnego spojrzenia na świat nie przesłonięty krzykliwymi hasłami. Dla „wzruszeń” nie wolno kolorować historii.

Zamiast zakończenia – humorystyczny zapisek wizyty jednej z byłych powstańczyń w Muzeum Powstania Warszawskiego:

Poszliśmy kiedyś do Muzeum Powstania Warszawskiego, niedaleko wejścia stoi model kanału. „To jakiś kanał w wersji dla turystów” – powiedziała nieco rozbawiona. Bo „jej kanał” był dwa razy niższy, ciemny, no i pełen gówna.

To, moim zdaniem, trafnie oddaje sens obecnego sporu.

Jedna odpowiedź

  1. Pingback: Miesiąc gloryfikacji głupoty | Agoreton

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *