Groźna antykoncepcja i prześladowanie chrześcijan, czyli świat według profesora Chazana

Wśród artykułów, których wysyp nastąpił po opisaniu historii o tym, jak profesor Chazan naruszył prawa pacjentki do informacji i nie wypełnił swoich zobowiązań podczas korzystania z klauzuli sumienia (której, widać, nie przeczytał, bo mówi o niej nieprawdziwe rzeczy), znalazłem ten oto wywiad profesora dla Dużego Formatu oraz inny wywiad dla Polityki, w których opisuje on swoje poglądy i podejście do medycyny. Smutno i straszno mi się zrobiło po ich przeczytaniu. Smutno, bo to kolejny dowód, że tytuł nie czyni mądrego człowieka. Straszno, bo osoba, która mówi fałszywe rzeczy na temat polskiego prawa, neguje ustalenia nowoczesnej medycyny i rozpowszechnia nieprawdziwe informacje na temat dostępnych metod leczenia i antykoncepcji, może w naszym kraju być dyrektorem jednego z większych szpitali ginekologicznych w Polsce, byłym krajowym konsultantem ds. ginekologii i położnictwa (usunięto go z tej funkcji przed kilkunastoma laty po podobnej aferze jak ta obecna) a także byłym członkiem zespołu ekspertów przy ministerstwie zdrowia za rządów PiS (wyrzucono go stamtąd, kiedy okazał się wrogiem cesarskiego cięcia).

Jako że bardzo nie lubię, kiedy osoby na wpływowych stanowiskach naginają rzeczywistość, aby pasowała do ich przekonań, postanowiłem rozprawić się chociaż z niektórymi błędami i mylnymi poglądami, które profesor Chazan beztrosko puszcza w świat. Zacznijmy od wywiadu w Dużym Formacie.

Duży format prawnych nieporozumień

DF: Dlaczego nie skierował pan pacjentki na wykonanie zabiegu do innego lekarza, skoro tak nakazuje panu prawo?

BCh: To było niemożliwe z dwóch powodów. Po pierwsze, oznaczałoby mój udział w przeprowadzaniu aborcji, przed którym broni mnie nie tylko klauzula sumienia, ale także starodawna przysięga Hipokratesa. Już w starożytności lekarze bronili się przeciwko „przydzielaniu” im roli aborterów.

Dopiero drugi akapit i już dwa błędy. Po pierwsze, klauzula sumienia wyraźnie nakazuje skierowanie w takim wypadku pacjentki do innego lekarza mówiąc, iż „ma obowiązek wskazać realne możliwości uzyskania tego świadczenia u innego lekarza lub w podmiocie leczniczym”.

W całości brzmi ona tak:

Ustawa o zawodach lekarza i lekarza dentysty, artykuł 39.

Lekarz może powstrzymać się od wykonania świadczeń zdrowotnych niezgodnych z jego sumieniem, z zastrzeżeniem art. 30, z tym że ma obowiązek wskazać realne możliwości uzyskania tego świadczenia u innego lekarza lub w podmiocie leczniczym oraz uzasadnić i odnotować ten fakt w dokumentacji medycznej. Lekarz wykonujący swój zawód na podstawie stosunku pracy lub w ramach służby ma ponadto obowiązek uprzedniego powiadomienia na piśmie przełożonego.

Nie po raz ostatni profesor Chazan popisze się nieznajomością przepisów, na które się powołuje.

Silphium
Starożytna moneta z Cyrenajki przedstawiająca nasiono silphium. Jego kształt i właściwości antykoncepcyjne dały początek dzisiejszemu symbolowi serca i miłości.

Po drugie, aborcja w świecie antycznym była bardzo rozpowszechniona i nie jest tak, że lekarze „bronili się wtedy przed przypisywaniem im roli aborterów”. Powstało wtedy wiele fachowych traktatów na tematy ginekologii, kontroli urodzeń i aborcji, w tym przez samego Hipokratesa, a same zabiegi wykonywane były właśnie przez lekarzy. Pewien środek antykoncepcyjny i poronny, roślina o nazwie silphium (po polsku sylfion), był na tyle popularny, zarówno wśród Egipcjan, Greków, jak i Rzymian, że jest prawdopodobne, iż jego użytkowanie doprowadziło do jego wyginięcia. Nie można więc powiedzieć, iż lekarze stronili wtedy od metod planowania rodziny.

Co ciekawe, w oryginale przysięga Hipokratesa dotycząca aborcji brzmi tak: „(…) Ὁμοίως δὲ οὐδὲ γυναικὶ πεσσὸν φθόριον δώσω.” Po polsku brzmi to „(…) Podobnie nie dam żadnej kobiecie dopochwowego środka poronnego.” Jedna z teorii głosi, iż chodziło dosłownie o to, o czym mowa w tekście — o podawanie kobietom dopochwowych środków poronnych, a nie środków poronnych jako takich. Można domyślać się, że środki takie nie były zbyt bezpieczne w czasach, kiedy za formy ochrony przed ciążą uważano globulki dopochwowe z krokodylego łajna, miodu i węglanu sodu; nasiona jałowca na penisie albo wywary z siarczanu miedzi. Mogły one na przykład powodować obfite krwawienia, prowadzące nawet do śmierci nieszczęsnych pacjentek. Byłby to zatem sensowny przepis, wzbraniający przed używaniem niebezpiecznych środków, kiedy dostępne były bezpieczniejsze metody.

BCh: Chrześcijanie są dzisiaj na świecie, także niestety w Polsce, „na widelcu”, są otoczeni naciskiem, by nie powiedzieć terrorem, środowisk liberalnych, które tolerancji wymagają jedynie dla siebie.

Pytanie — kto jest terroryzowany? Chrześcijanie w kraju, w którym ponad 90% ludności to katolicy, czy ludzie, którzy domagają się zgodnej z prawem oraz legalnej aborcji i antykoncepcji, a i tak często spotykają się z przeszkadzaniem i utrudnianiem ze strony katolickich lekarzy? Jeżeli tak jak doktor Chazan sądzisz, że ci pierwsi, to niestety żyjemy chyba w innych krajach.

Dla informacji profesora Chazana i innych — domaganie się poszanowania prawa, i tak już restrykcyjnego, oraz tolerowania osób o innych przekonaniach to nie jest terroryzowanie. Największą niedogodnością, na jaką narażeni są katolicy w Polsce jest konieczność pogodzenia się z tym, że nie mogą narzucać innym siłą swoich poglądów.

BCh: Przy okazji proszę zwrócić uwagę na tytuł ustawy: „O ochronie dziecka poczętego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży”. Ustawodawca użył na początku słowa „ochrona dziecka”. Świadomie nie nazwał tego przepisu „Ustawą o zabijaniu dziecka poczętego”.

Alternatywnej rzeczywistości ciąg dalszy. Po pierwsze, ustawa, która dopuszcza możliwość aborcji to Ustawa o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży. Nie ma tam nic o „dzieciach poczętych”, co osoba powołująca się na nią w ogólnopolskim magazynie powinna wiedzieć, jeżeli nie chce wyjść na niedouczoną.

Po drugie, termin „dziecko poczęte”, tak bardzo popularny w środowiskach pro-life, nie za bardzo trzyma się kupy. Słowo „dziecko” ma w języku polskim dwa znaczenia odnoszące się do tej sprawy. Pierwsze to „człowiek od urodzenia do wieku młodzieńczego”, natomiast drugie to „syn lub córka, niezależnie od wieku”. Terminem naukowym dla osobnika ludzkiego znajdującego się jeszcze w łonie matki jest „zarodek” (do końca 9 tygodnia według polskiej nomenklatury) albo „płód” (od 10 tygodnia do rozwiązania).

Zarodek
Dziecko poczęte.[Potrzebne źródło]

Jeżeli chcemy mówić o tym w stylu odpowiednim do sprawy, używajmy naukowego słownictwa, nie uciekając się do nic nieznaczących wyrażeń naładowanych emocjami. To prawda, płód jest organizmem potomnym, ale traktowanie go tak samo, jak małą córkę lub syna to zwykłą gra na rozbuchanych emocjach, mająca na celu oskarżanie kobiet wybierających aborcję o morderstwo. Nazywanie płodów w tym kontekście „dziećmi” nasuwa myśl, że osoby opowiadające się za prawem do aborcji chcą zabijać niemowlęta albo przedszkolaków. Równie dobrze dzieckiem poczętym można nazwać autora tego tekstu albo profesora Chazana — oni również w pewnym sensie są dziećmi.

BCh: Ustawa nie mówi o prawie do aborcji, mówi o wyjątkowych sytuacjach, w których aborcja jest dopuszczalna, a lekarz nie będzie ukarany, jeśli ją przeprowadzi w określonych warunkach.

Szkoda tylko, że ustawa jasno mówi co innego:

Art. 4b. Prawo do bezpłatnego przerwania ciąży

Osobom objętym ubezpieczeniem społecznym i osobom uprawnionym na podstawie odrębnych przepisów do bezpłatnej opieki leczniczej przysługuje prawo do bezpłatnego przerwania ciąży w publicznym zakładzie opieki zdrowotnej.

BCh: Aborcje w polskich szpitalach publicznych wykonuje się zazwyczaj tam, gdzie wykonywana jest również diagnostyka prenatalna, o czym, podkreślam, mówię z żalem.

DF: Z żalem o aborcjach czy o diagnostyce też?

BCh: Niestety, diagnoza często prowadzi do aborcji. Diagnostyka prenatalna jest dobrodziejstwem, jeśli ma na celu wykrycie chorób nieurodzonego jeszcze dziecka, by dziecko w miarę możliwości leczyć w macicy matki lub zapewnić odpowiedni przebieg porodu. Niestety, czasem diagnostyka prenatalna przekształca się w polowanie na chore dziecko, by nie dopuścić do jego urodzenia.

Eugenicy podający się za lekarzy, którzy regularnie urządzają polowania z nagonką na chore pło-, pardon, dzieci, po to tylko, aby je zaraz wyskrobać, mają godnego przeciwnika! Nieważne, że diagnostyka prenatalna może ratować życie, zmniejszyć liczbę poronień, pozwalać na leczenie płodu jeszcze w łonie oraz zmniejszać stres rodziców. Najważniejsze, że może czasem prowadzić do legalnej aborcji, więc jest zupełnie niedopuszczalna.

„Szkodliwa” antykoncepcja i „działająca” naprotechnologia

DF: Jakich procedur medycznych dopuszczonych polskim prawem pan, jako lekarz katolik, nie wykonałby?

BCh: Nie przepisałbym tabletek antykoncepcyjnych.

„Po pierwsze, nie szkodzić” – brzmi przysięga Hipokratesa. A estrogeny zawarte w tabletkach działają jak kancerogeny, czyli zwiększają ryzyko niektórych nowotworów.

DF: Minimalnie. A ryzyko innych – zmniejszają.

BCh: Estrogeny działają kancerogennie, to fakt.

Pomińmy już fakt, że według profesjonalnych opinii klauzula sumienia nie obejmuje wypisywania recept. Ciekawi mnie, jaki proces myślowy pozwala profesorowi naginać aż do krańca wytrzymałości fakty, żeby pasowały do jego alternatywnej rzeczywistości, w której kobiety biorące antykoncepcję hormonalną jak jeden mąż dostają raka.

Najpopularniejszą metodą antykoncepcji hormonalnej dla kobiet jest przyjmowanie tabletek łączonych, zawierających estrogeny i progestogeny, które hamują owulację i zagęszczają śluz maciczny, utrudniając zapłodnienie. Oba te mechanizmy uzupełniają się i wspierają wzajemnie.

Mit o szkodliwości takiej antykoncepcji jest szeroko rozpowszechniony wśród ludzi związanych ze środowiskami katolickimi oraz tak zwaną „naprotechnologią” (Natural Procreation Technology), czyli „naturalnymi metodami planowania rodziny”; dziwnym zbiegiem okoliczności profesor Chazan jest członkiem Krajowego Zespołu Promocji Naturalnego Planowania Rodziny, który usiłuje wprowadzić naukę o tych metodach do szkół. O naprotechnologii można dowiedzieć się więcej z wpisu na blogu „lemingi i inne żyjątka”, który gorąco polecam.

The pill
Powód całego zamieszania.

Powodowanie przez pigułki antykoncepcyjne nowotworów jest obiektem badań i dysput lekarzy. Raport International Agency for Research on Cancer, komórki WHO, przyznaje, że stosowanie antykoncepcji dwuskładnikowej wiąże się z niewielkim podwyższeniem ryzyka zachorowania na raka piersi, szyjki macicy i wątroby. Z drugiej strony, dwa nowe (pierwsze i drugie) badania kohortowe na ponad 70 000 kobiet nie znalazły związku z między tą metodą a zwiększonym ryzykiem raka piersi. Co ciekawe, wszystkie badania stwierdzają za to, że ogniska raka piersi u pacjentek przyjmujących antykoncepcję hormonalną mają mniejszy rozmiar a raki te nie mają takiej tendencji do rozprzestrzeniania się. Ze względu na różnice między poszczególnymi rakami oraz zachowaniami kobiet stosujących taką antykoncepcję i niestosujących jej (kobiety stosujące antykoncepcję hormonalną częściej chodzą do ginekologa oraz prowadzą aktywniejsze życie seksualne, co może niezależnie wpływać na wykrywalność i zachorowalność) bardzo trudno jest wyciągnąć konkluzje, które będą się sprawdzały dla wszystkich pacjentek.

Tak się jednak ciekawie składa, iż osoby krzyczące o szkodliwości hormonalnych środków antykoncepcyjnych zapominają o jednej, bardzo ważnej rzeczy: antykoncepcja hormonalna znacząco zmniejsza ryzyko zachorowania na raka jajnika, endometrium czy jelita grubego1, 2, 3, 4. Znacząco, czyli o 50% przy stosowaniu przez 5 lat i aż 80% przy stosowaniu powyżej 10 lat! To kolosalna różnica. Różnica ta zwiększana jest jeszcze przez fakt, że kobiety przyjmujące antykoncepcję hormonalną mają obniżone ryzyko zachorowania na wszystkie nowotwory razem wzięte6. Na tym korzyści się nie kończą. Kobiety przyjmujące doustną antykoncepcję mają zmniejszony współczynnik zgonów z jakiejkolwiek przyczyny.

Poważnym powikłaniem antykoncepcji może być zakrzepica żylna. Doustna antykoncepcja zwiększa jej prawdopodobieństwo niemal dwukrotnie. Aby jednak uświadomić sobie rozmiar zagrożenia należy wiedzieć, że jej roczne ryzyko to 4–5 na 10 000 kobiet nie przyjmujących antykoncepcji i 9–10 na 10 000 kobiet, które ją przyjmują. Ważne jest też jednak, iż z o wiele większym ryzykiem zakrzepicy żylnej wiąże się ciąża — od 29 na 10 000 kobiet rocznie, do 300–400 na 10 000 w okresie natychmiast po porodzie — przed czym oczywiście te tabletki chronią7. Istnieją też już środki hormonalne, które ryzyka takiego ze sobą nie pociągają.

Profesor Chazan działa na szkodę swoich pacjentek, kiedy kłamie w sprawie antykoncepcji. Oczywiście w swoim postępowaniu nie kieruje się właściwościami zdrowotnymi antykoncepcji a swoją dziwną ideologią, więc szans na przekonanie go na tym gruncie nie ma. Pomimo wszystko warto wytykać mu to gdzie tylko można.

Dodatkowo na ulotkach dołączonych do antykoncepcji hormonalnej jest napisane „działa na endometrium”. Rzadko która pacjentka wie, co oznacza takie naukowe sformułowanie, rzadko która dopytuje. A to oznacza, że jeśli mimo innego działania tabletki, polegającego na hamowaniu owulacji, dojdzie do zapłodnienia, to zarodek nie będzie mógł zagnieździć się w macicy i zginie. Nauka potwierdza to, firmy farmaceutyczne nie piszą wprost o tym mechanizmie, wprowadzając w ten sposób kobiety w błąd.

Nauka tego nie potwierdza a firmy farmaceutyczne o tym nie piszą, bo nie ma o czym. Główny podręcznik zajmujący się antykoncepcją, Contraceptive Technology, pisze o tym wprost:

Because COCs so effectively suppress ovulation and block ascent of sperm into the upper genital tract, the potential impact on endometrial receptivity to implantation is almost academic. When the two primary mechanisms fail, the fact that pregnancy occurs despite the endometrial changes demonstrates that those endometrial changes do not significantly contribute to the pill’s mechanism of action.

Działanie na endometrium zatem nie jest składnikiem działania antykoncepcji hormonalnej, o czym nawet uczy się na zajęciach z farmakologii na uczelniach medycznych. Pomimo tego, że jest to powszechnie wiadomy fakt, profesor Chazan znów ucieka się do kłamstwa by zdyskredytować metodę, której on nie pochwala.

BCh: Proszę zobaczyć, co się dzieje, jeśli dochodzi do czasowego wyłączenia funkcjonowania mózgu. Bywa tak, że niestety po „wyłączeniu” mózgu dochodzi do niepamięci wstecznej.

Załóżmy, że ktoś postanowił na pewien czas nie używać nóg, z pewnością mięśnie mu zanikną. Znany jest mechanizm hipoplazji (zaniku) nieużywanych płuc.

Zastanówmy się, proszę, czy czasowe, czasem wieloletnie „wyłączenie” cyklu miesiączkowego za pomocą tabletek antykoncepcyjnych nie doprowadza do trwałych niekorzystnych zmian w układzie rozrodczym kobiety. Doświadczenia kobiet zabierających się do prokreacji po 35. roku życia po długotrwałym stosowaniu antykoncepcji bywają bardzo frustrujące.

Klasyczne porównywanie jabłek do pomarańczy, połączone z argumentem z chochoła oraz przyprawione zwykłym fałszem.

Krytykowanie niektórych praktyk medycznych za to, że stanowią pogwałcenie natury to zwykłe nieporozumienie. Lekarz nic innego nie robi, cały czas walczy z naturalnymi procesami.
Vladimir Jankélévitch, „To co nieuchronne”

Po pierwsze, nie ma żadnych dowodów na to, aby używanie pigułki antykoncepcyjnej prowadziło do niepłodności. Nie wspominają o tym ani artykuły naukowe ani podręczniki do farmakologii — to tylko jeden z wielu mitów, które rozpowszechniane są przez jej ideologicznych przeciwników. Chociaż po zaprzestaniu stosowania antykoncepcji trzeba poczekać nieco aż nowy tryb cyklu się ustabilizuje, nie prowadzi to do żadnych trwałych efektów wpływających na płodność8.

Po drugie, działanie tabletek hormonalnych wykracza poza ich antykoncepcyjne właściwości i obejmuje między innymi kontrolę nieregularnych cykli miesięcznych, leczenie zbyt obfitych lub bolesnych miesiączek, leczenie endometriozy, leczenie bólów przedmenstruacyjnych, PMS, PMDD, leczenie trądziku, hirsutyzmu i łysienia plackowatego oraz wiele innych, związanych na przykład z nierównowagą hormonalną. Myśl, że jakiś lekarz mógłby zrezygnować z tych oczywistych korzyści dla pacjenta ze względu na swoje przekonania, jest porażająca.

Po trzecie, odwoływanie się do naturalności z ust lekarza brzmi co najmniej dziwnie. Jak mówił francuski lekarz, filozof i tłumacz Vladimir Jankélévitch „Krytykowanie niektórych praktyk medycznych za to, że stanowią pogwałcenie natury to zwykłe nieporozumienie. Lekarz nic innego nie robi, cały czas walczy z naturalnymi procesami.”

Po czwarte, przyrównywanie tabletek antykoncepcyjnych do „wyłączenia mózgu”? Serio?

Leczenie niepłodności przez poznanie swojego ciała

BCh: Alicja Tysiąc? Byłem w Strasburgu podczas rozprawy, niestety, nie dopuszczono mnie do głosu. A chciałem powiedzieć, razem z pewnym profesorem okulistą, że ciąża nigdy nie pogarsza wzroku. Sam poród może być zagrożeniem, ale wtedy wystarczy wykonać cesarskie cięcie. Ale nie wysłuchano nas, bo my mamy demokrację, ale nie mamy wolności.

Kolejny akapit i kolejne minięcie się z prawdą. Istnieje dobrze udokumentowany wpływ ciąży na pogorszenie się wzroku w wyniku zaostrzenia retinopatii — schorzenia, które miała Alicja Tysiąc9. Co więcej, jej poprzednie dwie ciąże zakończyły się cesarskim cięciem. Osłabiło to ścianę jej macicy, przez co odradzana była kolejna ciąża — a tym bardziej kolejne cesarskie cięcie. Przez zachowanie lekarzy takich, jak profesor Chazan, ciąża spowodowała u niej nieodwracalne uszkodzenie wzroku oraz inwalidztwo — uszkodzenie, którego można było uniknąć, gdyby tylko dotrzymano prawa10. Profesora nie wysłuchano, ponieważ nie każdy może ot tak występować przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka, a „opinia moja i koleżanki” to w żadnym wypadku naukowa prawda.

DF: Parom, które mają trudności z poczęciem dziecka, oferuje pan profesor naprotechnologię. Przecież to nie jest naukowa metoda.

BCh: A co to jest, jak nie książka naukowa? (Prof. Chazan wyciąga z półki ogromną książkę „Naprotechnology” Thomasa Hilgersa w skórzanej oprawie i pokazuje). Naprotechnologia to jest system pomocy niepłodnym parom, który najpierw zachęca do lepszego poznania własnego ciała.

Jeżeli u naukowości jakiegoś tematu decyduje to, czy powstały na jego temat książki, to istnienie Starożytnych Obcych, Yeti czy Potwora z Loch Ness już dawno stałoby się dogmatem nauki, na równi z teorią grawitacji Newtowa czy elektromagnetyzmu Maxwella.

DF: Niestety, nie u każdego leczenie jest skuteczne. Wtedy pozostaje in vitro.

BCh: Publikacje w recenzowanych czasopismach potwierdzają skuteczność naprotechnologii.

Oczywiście jest odwrotnie — nie tylko nie potwierdzają (wszystkie cztery istniejące obecnie badania na ten temat…), ale także dowodzą, że jest mizernie. Bardzo mizernie, a niezwykle drogo, bo naprotechnologia to nie tyle metoda lecznicza, co zarejestrowany biznes, który zarabia na zdesperowanych parach, które są zbyt wierzące, aby zdecydować się na coś rzeczywiście działającego. Jak świetnie pisze o tym blog „lemingi i inne żyjątka”:

Tym bardziej należy się zadumać nad propozycją naprotechnologii, która jest czterokrotnie dłuższa, nieporównanie bardziej droga oraz o połowę mniej skuteczna.

Tak się jednak zaskakująco składa, że wykazanie powyższego nastąpiło już w roku 2008, w którym dr Philip Boyle opublikował jedną z czerech istniejących prac o naprotechnologii, legendarną dziś „Outcomes from treatment of infertility with natural procreative technology in an Irish general practice” . Dr Boyle w ciągu pięciu lat prowadzenia badań dowiódł, iż wskaźnik ciąż w grupie badanej wynosi 52,8%, co się wszystkim naturalnie bardzo spodobało i prawdopodobnie dlatego zapomnieli wspomnieć, iż do wyliczenia zastosowano model Kaplana-Meiera, który szacuje wartości hipotetyczne. Rzeczywisty, skumulowany wskaźnik ciąż w tej grupie wyniósł albowiem 25,5% w ciągu 24 miesięcy (dowód), co jest wynikiem raczej mało optymistycznym, szczególnie, iż z grupy badanej na samym początku odrzucono mężczyzn z azoospermią i kobiety z niską rezerwą jajnikową.

Tu nadmieńmy, iż głównym lekiem stosowanym przez lekarzy naprotechnologów był cytrynian klomifenu sprzedawany w Polsce pod nazwą niezwykle popularnego clostilbegytu, którego skuteczność w generowaniu ciąż u subfertylnych pacjentek jest szacowana na 60% w okresie półrocznego stosowania (np. Wołczyński 2005), więc tym bardziej należy się zadumać nad propozycją naprotechnologii, która jest czterokrotnie dłuższa, nieporównanie bardziej droga oraz o połowę mniej skuteczna.

BCh: Przy in vitro zawsze dochodzi do śmierci zarodków. Zarodki wystawione są na szkle na trudne, niespotykane w naturze warunki. Poza tym zamiast aktu małżeńskiego jest działanie laboranta, a to uderza w godność człowieka, i rodziców, i dziecka. In vitro wymyślone zostało na potrzeby weterynarii i tam niech pozostanie.

To prawda, że przy zapłodnieniu in-vitro dochodzi do śmierci zarodków, tak też się jednak dzieje przy normalnym zapłodnieniu. Jak podaje Langman’s Medical Embryology i Obstetrics: Normal and Problem Pregnancies tylko od 30 do 50% wszystkich zapłodnień kończy się urodzeniem. Większość z zapłodnionych zarodków ulega spontanicznej aborcji jako mechanizm chroniący przed defektami genetycznymi.

In-vitro
Najlepsza metoda leczenia niepłodności? Powinno zarezerwować się ją dla zwierząt.

Jak można sprawdzić na tej zmyślnej stronie, średni procent zapłodnień in-vitro skutkujących urodzeniami ze wszystkich klinik w USA w 2012 roku dla matek poniżej 35 roku życia, donujących bezpośrednio swoje jajeczka to około 40%. Jako że średnio stosowano 1.9 zarodków na cykl, a procent urodzeń ciąż mnogich to około 30%, można z tego wyliczyć, że na sto przeniesionych do macic pacjentek zarodków rodzi się około 26 dzieci. To mniej niż metodami naturalnymi, jednak chodzi tu przecież o osoby bezpłodne, których komórki rozrodcze nie są tak silne, jak u zdrowych osób. Co więcej, używając świeżych jajeczek od obcej osoby można osiągnąć współczynnik żywych urodzeń na poziomie około 60% we wszystkich grupach wiekowych, co przy średnio 1.8 używanych jajeczkach daje nam 40 żywych urodzeń na 100 przeniesionych zarodków — odsetek porównywalny z naturalnymi metodami, i to u osób, które nie mogły mieć zupełnie wcześniej dzieci! Nie ma powodu, by sądzić, iż współczynnika tego nie można by było dalej podnieść, w efekcie uzyskując więcej przeżywających zarodków, niż dzieje się to naturalnie. Jednak do tego potrzebne są dalsze badania, którym ludzie o poglądach takich, jakie ma profesor Chazan, są zdecydowanie przeciwni.

Jeżeli chodzi o rozpatrywanie godności w kontekście in-vitro i naprotechnologii, to znów polecam wpis „lemingi i inne żyjątka”.

Polityka odmawiania legalnych świadczeń

Przejdźmy teraz do drugiego wywiadu, który ukazał się na łamach Polityki, a zatem do dalszych nieścisłości i błędów, przy których obstaje profesor Chazan.

P: Kobieta ma prawo do aborcji w określonych przypadkach, a lekarz do klauzuli sumienia, ale ma obowiązek poinformować pacjenta, kto może wykonać zabieg albo wypisać receptę.

BCh: Według polskiego prawa lekarz nie będzie ukarany, kiedy wykona zabieg aborcji w tych przypadkach, ale to nie oznacza prawa do aborcji.

Jak już było to pisane wcześniej, zapisy polskiego prawa oznaczają dokładnie to, że kobieta ma prawo do aborcji.

P: W trzech przypadkach oznacza.

BCh: Nie automatycznie.

P: Nie. To decyzja kobiety.

BCh: Nie tylko, lekarza także. On rozmawia z pacjentką, sprawdza, w jakim jest stanie, jaka procedura może być zastosowana. Ma też pewne zasady etyki zawodowej.

Pogląd, że decyzja o tym, czy kobieta może poddać się aborcji należy też do lekarza, jest tak XIX-wieczny, że gdyby mógł, nosiłby surdut z monoklem i posiadał plantację bawełny, na której pracowaliby murzyńscy niewolnicy. To prawda, lekarz może odmówić wykonania aborcji, ale ostateczną decyzję o niej może podjąć tylko i wyłącznie kobieta, która się temu zabiegowi poddaje. To niepojęte, że takie paternalistyczne i gwałcące wolność drugiego człowieka poglądy może posiadać profesor i dyrektor publicznej placówki zdrowia.

BCh: Pierwszą pomocą w przypadku gwałtu nie jest zabicie dziecka, które nie jest niczemu winne. Z taką kobietą trzeba delikatnie porozmawiać, zapytać, dlaczego chce zabić swoje dziecko, zasugerować inne rozwiązania, na przykład adopcję.

Jeśli dla profesora Chazana „Dzień dobry, dlaczego chce pani zabić swoje dziecko, morderczyni?” jest odpowiednią i „delikatną” metodą rozmowy z kobietą, która chce się poddać aborcji z powodu gwałtu, to najwyraźniej słyszeliśmy o innych ofiarach gwałtu. Nie wiem, czy umyślnie chce on wpędzać kobiety w poczucie winy, ale na pewno rości sobie prawo, aby wpływać na ich życie w sposób, którego nie sposób sobie wyobrazić, i do którego nie ma prawa — wszystko w imię swoich dogmatów.

P: Będę się trzymać polskiego prawa. Zgwałcona kobieta podejmuje decyzję o zabiegu. Pan odmawia ze względu na klauzulę sumienia. Kieruje ją pan gdzie indziej?

BCh: Niech pani sobie wyobrazi taką sytuację: przychodzi pacjent do apteki i mówi: poproszę o cyjanek potasu, bo mam zamiar popełnić samobójstwo. A aptekarz mu odpowiada: ja panu nie sprzedam, bo jestem katolikiem, ale dostanie pan w aptece za rogiem.

Prawo wyraźnie mówi o konieczności takiego skierowania, niezależnie od tego, co profesor Chazan może sobie o tym sądzić. To nie on będzie się temu zabiegowi poddawać i nie on będzie go wykonywać, do czego ma prawo, ale utrudnianie go to niebezpieczne nadużycie, które łamie podstawową wolność do decydowania o sobie.

P: Szpital Świętej Rodziny objęty jest klauzulą sumienia w całości i, jak rozumiem, nie kierujecie kobiet na zabieg gdzie indziej. To może oznaczać, że łamiecie prawo.

BCh: Zgodnie z prawem zasady sumienia mogą się odnosić do całego szpitala.

Dziecko
„Niestety nie mogę postępować zgodnie z prawem, ponieważ staram się go nie słyszeć.”

Pan profesor po raz kolejny wymyśla swoje własne przepisy prawa, tak samo jak wtedy, kiedy twierdził, że wykonanie aborcji wymaga decyzji dwóch lekarzy. Żadnego takiego przepisu nie ma — co więcej, wszystkie przepisy wyraźnie odnoszą się do pojedynczego lekarza. Nie wiem czemu profesor Chazan to robi, ale sprawia to wrażenie, jakbyśmy żyli w innych rzeczywistościach, nie wspominając już o tym, że wymyślanie własnych przepisów prawa i postępowanie według nich jest nie tylko dziecinne, ale też karalne.

P: Ja tylko pytam, co w sytuacji, gdy przychodzi pacjentka, która ma prawo do legalnej aborcji.

BCh: Nie ma prawa.

P: Jak to?

BCh: Powtarzam, prawo jest takie, że lekarz, który przeanalizuje jej sytuację i dokona zabiegu, nie będzie za to ukarany.

Po raz kolejny profesor Chazan zachowuje się jak dziecko, które stwarza swoje własne reguły zabawy i oczekuje, że wszyscy inni się do nich zastosują. Byłoby to tylko żenujące, gdyby nie mówił tego profesor i dyrektor w jednym — w takim wypadku jest to i żenujące, i zastanawiające. Prawo do aborcji istnieje i jest wpisane do stosownej ustawy. Nie da się tego bardziej podkreślić, a pójście w zaparte i niedopuszczanie do siebie rzeczywistości niczego nie zmieni.

BCh: Lekarz musi się dowiedzieć, jaki jest stan zdrowia pacjentki, przedstawić jej różne opcje. Powinien działać według zasady: po pierwsze nie szkodzić. A środki, które zawiera tabletka antykoncepcyjna, są kancerogenne.

Nie są, co potwierdza każdy podręcznik do farmakologii i pobieżne zapoznanie się z wynikami badań na ten temat. Z drugiej strony, może one są po prostu niedostępne w rzeczywistości, w której żyje pan profesor?

P: Załóżmy, że kobieta jest świadoma zagrożeń. Ma prawo podjąć taką decyzję i oczekiwać recepty?

BCh: Lekarz nie jest niewolnikiem pacjentki. Ma sumienie i nie jest do wynajęcia do każdej roboty.

To prawda, ma sumienie i może decydować o tym, co zrobi se swoim ciałem. O tym samym może jednak decydować jego pacjentka i w takim wypadku uniemożliwianie jej tego jest nieetyczne i wbrew idei klauzuli sumienia. Jak pisałem o tym w poprzednim artykule:

W opinii Komitetu lekarz ma prawo odmówić tylko osobistego wykonania świadczenia zdrowotnego, jeżeli bezpośrednio narusza ono dobro, które według tego lekarza powinno być bezwzględnie chronione. Tym samym lekarz nie może, powołując się na klauzulę sumienia, odmówić dostarczenia pacjentowi informacji bądź środków, które dopiero pacjentowi posłużą do podjęcia ostatecznej decyzji o swoim zdrowiu. Postępując inaczej pozbawia się pacjenta możliwości samodzielnej decyzji.

P: Na szkole jest tabliczka z informacją, że to placówka katolicka. Można świadomie decydować. A wizyta u państwowego ginekologa to ruletka. Nie ma informacji, że to katolik, który podpisał deklarację wiary.

BCh: Może 70 proc. katolickiego społeczeństwa ma prawo oczekiwać, że będzie ich leczył ktoś, kto rozumie zasady ich wyznania. I nauczy naturalnych metod planowania rodziny, zamiast wciskać receptę na tabletki. Niewierzący lekarz może się wyśmiewać z pacjentki, że chce stosować „watykańską ruletkę”. Takie sytuacje też trzeba zrozumieć.

A może całość społeczeństwa ma prawo oczekiwać, iż leczyć ich będzie lekarz, który stosuje rzetelne metody o potwierdzonej skuteczności zamiast swoich wymyślonych hokus-pokus, które co prawda nie działają, ale w które bardzo, bardzo chce uwierzyć? Oraz może uszanuje prawo pacjenta do własnego światopoglądu, i nie będzie mu dyktować, których metod może używać, a których nie może.

Powyższym cytatem docieramy do końca naszej przygody z tajemniczym światem profesora Chazana. Jak pisałem na początku, smutno mi i straszno, tyle że teraz chyba jakoś bardziej. To pewnie dlatego, że musiałem zajrzeć wgłąb umysłu profesora Chazana, a nie była to rzecz ani przyjemna, ani wesoła. Wierzę, że pan profesor jest w głębi serca profesorem dobrym i życzliwym swoim pacjentom. Tym bardziej ponura jest myśl, że nawet takie osoby potrafią w imię swoich przekonań postępować wbrew rozsądkowi i ignorować rzeczy, które im nie odpowiadają. Jedyną sensowną rzeczą, którą mogę w tej sprawie powiedzieć jest to, że wszystkie takie wypowiedzi mogą zostać zweryfikowane — i miejmy nadzieję, że będą. W przeciwnym razie oddajemy debatę publiczną w ręce ludzi, którzy nie szanują prawdy, a to źle. Słowami klasyka: „trzeba siać, siać, siać…”

8 odpowiedzi

  1. Bonsoir Nadji. Un color de melón que por aquí no es muy usual, aquí suelen ser de color amarillento, también se ven como este pero en menor cantidad.Una combinación de sabores muy lograda y que debe dar un resultado exquisito.A bientôt

  2. I must thank you for the efforts you’ve put in penning this website.
    I really hope to check out the same high-grade blog posts
    from you later on as well. In fact, your creative writing abilities has encouraged me to get my very own blog now ;)

  3. These people are bigger whiny butts than a patrol of Brownies who just got told they have to eat vegetables for a snack instead of juice & cookies.btw – some of the comments are pretty funny

  4. A: The mainstream media inn the United States iss owned and controlled by a couple of
    buseiness conglomerates. This patyern of ownership andd its resulting control ldaves very little space for difficult aand
    important journalism of the kind that exposes tthe hypocrisies and duplicities of the judgment
    affluent interests.

  5. Having read this I believed it was extremely enlightening.
    I appreciate you spending some time and effort to put this short article together.
    I once again find myself spending way too much time both reading and commenting.
    But so what, it was still worthwhile!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *