Wolność wyznania nie oznacza bierności

Sprawa Jerzego R. udowadnia, że nadal żywotna jest postawa, która chyba aż nazbyt często spotykana jest w naszym kraju — niezrozumienia (albo nawet po prostu ignorowania) tego, czym jest wolność światopoglądowa. Na łamach „Frondy”, „Rzeczpospolitej” oraz portalu „Na Temat” publicyści katoliccy raz ironicznie, raz na poważnie, a raz uderzając w złowróżbne tony odnoszą się do niedawnej sprawy pacjenta jednego ze szczecińskich szpitali. Pacjent ten po przeprowadzeniu planowej operacji z powodu komplikacji został wprowadzony w stan śpiączki klinicznej. Wtedy to pielęgniarka poprosiła szpitalnego kapelana o to, by ten dokonał sakramentu namaszczenia chorych na pacjencie. O tym Jerzy R. dowiedział się kilka miesięcy po fakcie, kiedy przeglądał swoją dokumentację medyczną. Wystąpił z tego powodu do sądu jako poszkodowany, gdyż uważa, że jako osoba niewierząca ma prawo do odszkodowania od szpitala z tytułu naruszenia jego wolności sumienia. Chociaż sądy niższych instancji odrzucały jego pozew, Sąd Najwyższy w swoim wyroku przyznał, że istotnie doszło do pogwałcenia jego wolności światopoglądowej.

Do samej sprawy i wyroku Sądu Najwyższego odnoszę się obojętnie. Sądzę, że jest to jeden z wielu procesów, w których pacjent wykorzystuje niedopatrzenie ze strony szpitala, by wyciągnąć z tego dla siebie korzyści. Co więcej nie sądzę, by ksiądz ani pielęgniarka mieli jakiekolwiek złe intencje wobec pacjenta. Z drugiej strony uważam, że doszło do naruszenia praw Jerzego R. i że wyrok jest słuszny. Co najważniejsze jednak, warto przyjrzeć się reakcjom na tę sprawę, które mogą uwidocznić brak zrozumienia dla tego, czym jest wolność osobista człowieka i kiedy jest ona naruszana.

(Nie)Wierzący ateiści

Jedną z reakcji jest próba zdyskredytowania pacjenta poprzez wytknięcie mu domniemanych nieścisłości i niekonsekwencji w jego postawie. Szymon Hołownia zaczyna swój felieton w Rzeczpospolitej stwierdzeniem: „Polska ma naprawdę najbardziej wierzących ateistów na świecie.” Dalej próbuje uzasadnić swoje stanowisko:

Nie jestem ateistą, ale na chwilę spróbuję się wczuć. Jeśli Boga nie ma, to wszystko co robią wierni (w tym księża), to nieszkodliwe gusła, hokus-pokus. To, co zrobił ów ksiądz, nic więc dla mnie nie znaczy (nie boli i nie zostawia śladów – namaszczenie chorych miałem dwa razy, więc wiem), ale to chyba miłe, że przyszedł i chciał pomóc?

Hołownia myli się tutaj w dwójnasób. Po pierwsze nie rozumiem w jaki sposób doszedł on do wniosku, że jeżeli Bóg nie istnieje, to wszystko co robią wierni oraz księża nie ma znaczenia (czy też, jak ujął to autor, to „nieszkodliwe gusła”). Myślę, że nawet autor miałby problemy z wyjaśnieniem swojej myśli, gdyby tylko poświęcił temu moment zastanowienia. To, że Bóg nie istnieje, nie oznacza, że nie istnieją jego wierni i że nie istnieją ich działania. One zaś mogą dla pewnej osoby znaczyć wiele, niezależnie od tego czy jest wierząca, czy nie. W tym wypadku doszło do ingerencji w czyjąś przestrzeń osobistą, na którą ta osoba nie wyraziła zgody. Nazwać to czymś bez znaczenia to gruba pomyłka.

Nie chodzi tu o to, że obawiał się, że olejki wyrządzą mu jakąś krzywdę, tylko że wbrew jego woli postąpiono z nim niezgodnie z jego przekonaniami.

Nie chodzi tu przecież o to, że Jerzy R. obawiał się, że olejki użyte przy sakramencie wyrządzą mu jakąś krzywdę lub w jakiś sposób wpłyną na jego życie, tylko o to, że kiedy był nieprzytomny, wbrew jego woli postąpiono z nim niezgodnie z jego przekonaniami.

Po drugie Hołownia przyjmuje, że osoba nie powinna mieć nic przeciwko czemuś, co zostało wykonane w dobrej wierze. To też nie jest prawdą. Motyw, jaki przyświeca jakiejś akcji nie musi jej usprawiedliwiać. Jeżeli nie chcę, by dokonano na mnie namaszczenia chorych, niezależnie od dobrych intencji namaszczającego mam prawo być przeciwny temu zabiegowi, tym bardziej, że nie występują tu silniejsze przesłanki, takie jak niebezpieczeństwo mojego zdrowia lub życia. To powinno być jasne dla każdego, kto żyje w państwie z zagwarantowaną wolnością sumienia; to, że nie jest, może być świadectwem tego, jak to z tą wolnością w Polsce jest.

Tomasz Terlikowski w wypowiedzi dla „Na Temat” idzie jeszcze dalej, pisząc:

To potwierdza, że prawie nie ma ludzi niewierzących. Ateiści tacy jak ten człowiek wierzą, że albo Boga nie ma, albo że Bóg chce ich bardzo skrzywdzić. Ktoś naprawdę niewierzący nie oburzałby się na pomazanie jakimiś tam olejami. (…) To brak logiki i konsekwencji w myśleniu.

To bardzo dziwny pogląd na ateizm. Nie wiem na jakiej podstawie (były) redaktor Terlikowski wyciąga takie wnioski; być może wypływają one z niezrozumienia czym jest ateizm, być może jednak są efektem jego negatywnego stosunku do polskich ateistów i chęci wykazania tej niekonsekwencji i braku logiki, o której mówił. Ateistą jest się, kiedy wyznaje się pogląd, który zaprzecza istnieniu jakiegokolwiek boga. Ta dość wąska definicja w żadnym wypadku nie zawiera w sobie warunku, że prawdziwy ateista nie może być przeciwny włączaniu go w katolickie rytuały. To duże nagięcie prawdziwego obrazu rzeczy, które nie przemawia wcale na korzyść jego argumentacji.

Dobry niekatolik to pokorny niekatolik

Art. 53. Konstytucji RP:

6. Nikt nie może być zmuszany do uczestniczenia ani do nieuczestniczenia w praktykach religijnych.

Pierwszą kwestią, której ci publicyści zdają się nie zgadzać (a razem z nimi duża część innych katolickich dziennikarzy i komentatorów) jest to, że ktoś może przyjmować wykonanie na nim katolickiego obrzędu za naruszenie jego prywatności i, w pewnym sensie, pogwałcenie jego wolności. Prawo do decydowania o sobie i o wolności decydowania o swoim światopoglądzie jest jednak wpisane w nasze prawo, w szczególności artykuł 53. polskiej konstytucji, a także jest elementem większej kultury europejskiej (kładącej nacisk na osobistą wolność) której częścią jesteśmy. Zmuszanie osoby do uczestniczenia w praktykach religijnych wbrew jej przekonaniom nie jest tylko złamaniem tych zasad; jest także przejawem przekonania o tym, że wszyscy Polacy muszą być katolikami. Moment, w którym jednak ktoś postanawia powiedzieć głośno, że to przekonanie jest błędne, jest przykrym doświadczeniem dla osób je mających; zrozumiałe więc, że spotyka się z oporem.

Drugą kwestią, moim zdaniem nieco ciekawszą, jest przekonanie, że osoby niewierzące powinny zasłużyć na uznanie wierzących. Hołownia i Terlikowski chcą najwyraźniej przekazać czytelnikom pogląd, że prawdziwi ateiści muszą zachować bierność w sprawach światopoglądowych i z pokorą poddawać się działaniom, które podejmą wobec nich wierzący. Można powiedzieć, że według obu dziennikarzy, dobrym ateistą jest tylko ten, który nie ma nic przeciwko temu, że wciąga się go w sprawy, które mogą nie zgadzać się z jego przekonaniami; dobry niewierzący to bierny i pokorny niewierzący.

Niestety, panowie, nie działa to w ten sposób. Niewierzący też ma prawo do decydowania tym, w jakich obrzędach chce i w jakich nie chce brać udziału. Nie czyni go mniej wiarygodnym, mniej „niewierzącym” i nie jest przejawem jego niekonsekwencji to, że nie przyjmuje biernie rzeczy, które wbrew jego przekonaniom naruszają jego prywatność i samostanowienie bez dostatecznego uzasadnienia, poza dobrymi intencjami.

Wymaganie bierności od chcących zachować swoją niezależność osób, których światopogląd jest różny od tego wyznawanego przez większość, to prosta droga do odebrania ich prawa do samostanowienia. To nie wolność, którą gwarantują nam zasady, na jakich powstało to państwo — to po prostu zakaz nieprawomyślnego myślenia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *