Banalność zła

16 marca 1968 roku kompania C pierwszego batalionu, dwudziestego regimentu piechoty, jedenastej brygady, dwudziestej trzeciej dywizji piechoty armii amerykańskiej otrzymała rozkaz spacyfikowania wietnamskiej wioski My Lai, w której, według informacji wywiadu, ukrywali się żołnierze Wietkongu. W Wietnamie kompania była dopiero od trzech miesięcy. Pierwszy z nich minął spokojnie, jednak w następnych oddział ucierpiał od min i pułapek, które spowodowały kilka śmierci wśród jej żołnierzy. Byli to młodzi mężczyźni, dopiero na progu dorosłego życia, wrzuceni w przerażający świat wojny po drugiej stronie globu; wojny, która niewiele ich obchodziła i w której tak naprawdę nie chcieli walczyć.

Kompania C była częścią większej jednostki, która miała wykonać to zadanie; jej zadaniem było wejście do wioski, podczas gdy inne kompanie zajmowały się jej okrążeniem. Oficerowie dowodzący dostali polecenie, by “wejść agresywnie, doskoczyć do przeciwnika i zrobić z nim porządek raz na zawsze”. Rozkazy obejmowały też spalenie domów, zabicie zwierząt, zniszczenie żywności oraz zatrucie studni. Podczas odprawy dowódca kompanii C, Ernest Medina, powiedział swoim żołnierzom, że każdy kogo zastaną w wiosce jest żołnierzem Wietkongu albo jego sympatykiem. Spytany, czy rozkazy obejmują też zabijanie kobiet i dzieci, powiedział, że żołnierze mają zabić wszystkich partyzantów, żołnierzy Wietkongu oraz innych “podejrzanych”. Kiedy spytano go “Kto jest wrogiem?”, odpowiedział swoim żołnierzom, że “Wrogiem jest każdy, kto ucieka przed nami, kryje się przed nami albo wydaje się być wrogiem”.

Kiedy spytano go “Kto jest wrogiem?”, odpowiedział: “Wrogiem jest każdy, kto ucieka przed nami, kryje się przed nami albo wydaje się być wrogiem”.

Z samego rana, po krótkim ataku artylerysjkim i helikopterowym, kompania C wkroczyła do wioski, ostrzeliwując miejsca, które wydawały im się pozycjami wroga. Chociaż nie znaleźli bojowników Wietkongu, wielu żołnierzy było przekonanych, że ukrywają się oni w podziemiach domów ich żon lub rodzin. Mieszkańców wyciągnięto z domów i umieszczono w centrum wioski. Na rozkaz dany przez dowódcę pierwszego plutonu, Williama Calleya, żołnierze otworzyli ogień do zgromadzonych. Wśród nich były kobiety, dzieci i starcy. Na miejscu zabito około 70-80 osób. Drugi pluton przeczesywał tymczasem północny skraj wioski, zabijając kolejne 60-70 mieszkańców. Po pewnym czasie do akcji włączono trzeci pluton, mający za zadanie “uporać się z pozostałymi miejscami oporu”.

Tego dnia z rąk amerykańskich żołnierzy zginęło, według różnych ocen, od 347 do 504 mieszkańców My Lai — mężczyzn, kobiet i dzieci. Dokładna liczba nie jest znana, ponieważ z powodu niechęci amerykańskich władz oficjalne śledztwo rozpoczęto dopiero po jakimś czasie. W jaki sposób młodzi ludzie — którzy dopiero kilka miesięcy przedtem prowadzili normalne życie wśród bliskich, uczyli się, pracowali, bawili z przyjaciółmi — mogli w tak okrutny sposób pozbawić życia innych ludzi? Ludzie, co do których nie można łudzić się, że byli jakkolwiek inni od nas. Ludzie, którymi równie dobrze moglibyśmy być my.

Odpowiedzi na to pytanie może być wiele, jako że samo jest bardzo złożone, ale najprostszą z nich jest ta: zło jest banalne.

“Eichmann w Jerozolimie”

Jedną z pierwszych osób, które opisały zło w ten sposób była Hannah Arendt — amerykańska autorka teorii politycznych i filozofka. Kilka lat przed masakrą w My Lai, w 1963 roku, została ona wysłana przez “New Yorkera” jako korespondentka prasowa do Jerozolimy, gdzie miał odbywać się proces Adolfa Eichmanna. Hannah, pomimo tego, że sama była Żydówką urodzoną w Niemczech, potrafiła zachować profesjonalny obiektywizm w obliczu procesu jednego z największych zbrodniarzy III Rzeszy. Efektem jej wyjazdu były poruszające artykuły, upublicznione niedawno przez “New Yorkera” na stronie ich archiwum. Stały się one podstawą do napisania przez nią później książki “Eichmann w Jerozolimie”, stanowiącej wykładnię tego, co miała do powiedzenia na temat wielkiego zła popełnianego przez niewielkich ludzi.

Eichmann in Jerusalem
Książka Hanny Arendt, która wszystko rozpoczęła.

Wizerunek Eichmanna jaki się z niej wyłania to obraz prostego, niezbyt inteligentnego mężczyzny, który jednak starał się za wszelką cenę ukryć ten fakt; mężczyzny, który czuł bardzo silną potrzebę przynależności i bycia użytecznym. Według Arendt Eichmann nie był w stanie określić się jako osoby samemu — dlatego właśnie tak bardzo poszukiwał organizacji, która nadałaby cel jego życiu i dlatego tak dokładnie wykonywał jej rozkazy. Eichmann podczas procesu podkreślał, że zawsze starał się postępować według kantowskiego Imperatywu Kategorycznego, aż do momentu, w którym został obciążony zadaniem koordynacji Ostatecznego Rozwiązania. Wtedy to, jak twierdzi Arendt, “zrezygnował z jego przestrzegania i wiedział o tym, pocieszając się, że nie był już odtąd panem swojego losu i że nie miał na nic wpływu, wykonując rozkazy swojego zwierzchnika, Adolfa Hitlera.” Arendt pisze również, że do jego stosunku do pracy przyczyniła się jego rola w konferencji w Wannsee, na której osoby z samej elity niemieckiego społeczeństwa dyskutowały o tym, jaki byłby najbardziej efektywny sposób na zabicie jak największej ilości Żydów — świadomość tego, że nawet osoby z “towarzystwa” entuzjastycznie odnosiły się do pomysłu zabijania milionów ludzi, rozluźniła jego poczucie zła.

W nowym filmie Margarethe von Trotta nazywającym się po prostu “Hannah Arendt”, w emocjonalnym przemówieniu do studentów Arendt wypowiada słowa: “Największe zło świata to zło popełniane przez nikogo.” Wielkie zło wcale nie musi być efektem jakiegoś radykalizmu albo psychopatycznych tendencji; może być po prostu efektem bezmyślności i ślepego przestrzegania rozkazów, bez zważania na to, jakie konsekwencje mogą przynieść. Pamiętajmy, że zło popełniane przez nikogo może być popełnione przez każdego z nas.

“Befehl ist Befehl”

Jedną z głównych linii obrony nazistowskich zbrodniarzy podczas procesu w Norymberdze było stwierdzenie, że wykonywali oni tylko rozkazy i, jakkolwiek pusto może to brzmieć, że postępowali zgodnie z ówczesnym prawem. Jakkolwiek uznano w końcu, że wykonywanie rozkazów zwierzchników nie zwolniło ich z odpowiedzialności za śmierć milionów ludzi, nie zawsze odrzucano taką obronę, czego przykładem może być proces przywódców wojskowych Niemiec po I wojnie światowej. Niekonsekwencja w ocenianiu odpowiedzialności za czyny wymuszone rozkazami ilustruje kłopoty w znalezieniu przez ludzi odpowiedzi na odwieczne pytanie o to, w jakim stopniu sami jesteśmy odpowiedzialni za swoje akcje. Czy naprawdę obdarzeni jesteśmy wolną wolą i wszystko, co robimy, zależy wyłącznie od naszej chęci?

Odpowiedzi, a przynajmniej wskazówek, może nam dostarczyć nauka, a zwłaszcza psychologia eksperymentalna. Jednym z eksperymentów, który może nam pomóc jest eksperyment Ascha, przeprowadzony już w 1951 roku. Jego uczestników proszono o wybranie jednej z trzech narysowanych na jednej kartce linii, która według nich najbliższa była długością wzorcowi umieszczonemu na innej kartce. Za każdym razem do eksperymentu podchodziło kilka osób, mających za zadanie wypowiedzieć swoje zdanie na głos. Czego osobom testowanym nie było wiadomo, to że byli oni jedynymi osobami, na których przeprowadzano eksperyment — całą reszta byli tak zwani “wspólnicy”, których zadaniem było głosowanie w jeden, ustalony wcześniej sposób.

Każda z testowanych osób poddawana była kilku próbom, wśród których były takie, w których odpowiedzi wspólników odpowiadały prawdzie (wybierali oni linie rzeczywiście najbliższe długością wzorcowi) oraz takie, kiedy wspólnicy wybierali jednogłośnie jedną z linii, która nie odpowiadała długością wzorcowi. Ogółem przeprowadzono 18 prób, z czego 12 prób było tymi, w których wspólnicy wybierali jedną z wcześniej przygotowanych odpowiedzi.

75% ogółu badanych pomyliło się przynajmniej jeden raz, a jedynie 25% w ogóle nie dało narzucić sobie opinii.

Wyniki okazały się niepokojące. ⅓ wszystkich odpowiedzi okazała się błędna. 75% ogółu badanych pomyliło się przynajmniej jeden raz, a jedynie 25% w ogóle nie dało narzucić sobie opinii. W próbie kontrolnej, bez “wspólników”, błędnych było jedynie 1% odpowiedzi. Jeżeli wystarczy jedynie głośne wypowiedzenie błędnego zdania przez kilku obcych ludzi, by zmusić kogoś do przyjęcia błędnego stanowiska w tak prostej sprawie, jak dopasowanie dwóch linii, to jak mają się sprawy z bardziej skomplikowanymi i pełniejszymi niepewności zagadnieniami? Czy rzeczywiście wystarczy zagłuszenie innych głosów, by narzucić ludziom jakiś pogląd?

Szokujące posłuszeństwo

To jednak nie koniec odczarowań. W lipcu 1961 roku, krótko po rozpoczęciu się procesu Eichmanna, Stanley Milgram przeprowadził eksperyment, który odbił się głośnym echem wśród opinii publicznej i który stworzył fale do dzisiaj wyczuwalne w społeczności naukowej. Chciał znaleźć odpowiedź na pytanie “Czy to możliwe, że Eichmann i miliony jego współpracowników odpowiedzialnych za Holocaust wykonywali tylko rozkazy? Czy możemy ich nazwać współwinnymi?”

W eksperymencie brały udział trzy osoby: eksperymentator, ochotnik — będący osobą badaną — oraz “wspólnik”, udający kolejnego ochotnika. Organizatorzy powiedzieli na wstępie ochotnikom, że jest to badanie dotyczące wpływu kar na pamięć. Eksperyment polegał na obsadzeniu ochotnika w roli nauczyciela, a wspólnika w roli ucznia. Zadaniem nauczyciela było przepytanie ucznia z listy par słów, które miał uprzednio zapamiętać. W przypadku, kiedy uczniowi nie udało się dopasować poprawnego słowa do tego, które zostało wypowiedziane przez nauczyciela, nauczyciel miał za zadanie zastosować wobec ucznia szok elektryczny, poprzez naciśnięcie odpowiedniego przycisku na konsolecie. Napięcie prądu, którym karcony był uczeń wzrastało o 15 V z każdą błędną odpowiedzią. Uczeń i nauczyciel przez cały czas trwania eksperymentu przebywali w oddzielnych pokojach i mogli się komunikować jedynie za pomocą głosu.

Milgram experiment
Układ doświadczenia Milgrama.

W rzeczywistości badani nie razili kogokolwiek prądem — po przejściu do osobnego pokoju uczniowie włączali magnetofon, który po każdym naciśnięciu przycisku na konsolecie automatycznie odtwarzał nagranie z odgłosem protestu lub, w przypadku wyższych napięć, z okrzykami bólu i błaganiami o przerwanie eksperymentu. W późniejszym czasie, przy większych napięciach, uczniowie zaczynali uderzać w ścianę dzielącą ich od nauczycieli. Przy najsilniejszych wstrząsach uczeń miał głośno krzyczeć, a od pewnego momentu w ogóle nie reagować.

Jeżeli w jakimś momencie nauczyciel wyraził chęć zakończenia eksperymentu, eksperymentator obecny w pokoju miał powiedzieć jeden z czterech tekstów: „Proszę kontynuować”, „Eksperyment wymaga aby to kontynuować”, „Proszę kontynuować, to jest absolutnie konieczne” oraz „Nie masz innego wyboru, musisz kontynuować”. Jeżeli po tych czterech wypowiedziach ochotnik nadal odmawiał dalszego uczestnictwa, eksperyment był przerywany. Eksperyment kończono również wówczas, gdy ochotnik stosował trzykrotnie maksymalne napięcie 450 V. Eksperymentatorzy zapewniali ochotników, że wstrząsy są bolesne, ale nie powodują uszczerbku na zdrowiu.

Przed rozpoczęciem eksperymentu Milgram przewidywał, że jedynie około 4% badanych wyrazi gotowość do kontynuacji eksperymentu powyżej 300 V, kiedy uczniowie odmawiali dalszego udziału, i że tylko 0,1% będzie gotowa do udzielenia maksymalnego szoku o napięciu 450 V.

Istniało kilka powodów, dla których badani mogli się wycofać. Byli ochotnikami, którzy w każdym momencie mogli wyjść z laboratorium i zatrzymać pieniądze, które otrzymywali za uczestnictwo w badaniu, o czym informowano ich zaraz na wejściu. Uczestnicy myśleli, że zadają uczniom prawdziwy ból — na samym początku badania rażono ich prądem o napięciu 45 V, który był przez nich uznawany za bolesny; także nagrania uczniów były bardzo realistyczne i wszyscy badani po zakończeniu eksperymentu mówili, że uważali, że były to prawdziwe osoby. Od pewnego momentu uczeń przestawał udzielać odpowiedzi — badanie wpływu kar na pamięć mijało się wtedy z celem.

Pomimo tego wszystkiego wyniki okazały się zasmucające. Aż 65% badanych doszło do końca skali i było gotowych kontynuować eksperyment, zaś 88% z nich kontynuowało wstrząsy mimo tego, że uczeń zapewniał, że ma kłopoty z sercem i krzyczał: “Pozwólcie mi stąd wyjść!”

W pewnym momencie przyłożył obie pięści do czoła ze słowami: ‘Boże niech się to wreszcie skończy’. A jednak reagował na każde słowo badacza i posłusznie ulegał jego poleceniom aż do samego końca.

Wszyscy badani prosili w pewnym momencie o przerwanie badania; wszyscy z nich ujawniali też oznaki stresu i zdenerwowania. Widać było, że pocili się, drżeli, przygryzali usta, jęczeli, wbijali sobie paznokcie w skórę a niektórzy nerwowo się śmiali. Jak opisywał to później Milgram: “Miałem okazję obserwowania jednego z badanych — dojrzałego i zrównoważonego biznesmena, wchodzącego z uśmiechem i pewnością siebie do laboratorium. Po 20 minutach ten sam człowiek był trzęsącym się i wiercącym, jąkającym się nerwowo wrakiem na granicy załamania psychicznego. Bez przerwy wyłamywał sobie palce i pociągał się za ucho. W pewnym momencie przyłożył obie pięści do czoła ze słowami: ‘Boże niech się to wreszcie skończy’. A jednak reagował na każde słowo badacza i posłusznie ulegał jego poleceniom aż do samego końca.”

Wystarczyła tylko jedna osoba obdarzona autorytetem, by zmusić ponad połowę badanych do trzykrotnego udzielenia innej osobie potencjalnie śmiertelnego szoku elektrycznego; prawie wszyscy natomiast razili ofiarę pomimo jej próśb o przestanie. Nie było gróźb, gratyfikacji finansowej ani innych obietnic — jedynie słowa “musisz kontynuować”. Pomimo późniejszej krytyki tego eksperymentu, pozostaje on jednym z najbardziej dających do myślenia na temat tego, do czego zdolni są ludzie wykonujący rozkazy innych.

Absolutna władza deprawuje absolutnie

Istnieje inny sławny eksperyment dający nam wgląd w tę mroczniejszą stronę ludzkiej duszy. Stanfordzki eksperyment więzienny został przeprowadzony w sierpniu 1971 roku przez Philipa Zimbardo na Uniwersytecie Stanforda. Miał on zbadać przyczyny konfliktów między więźniami i ich strażnikami, jednak przerósł on swoje początkowe ramy i stał się źródłem informacji na temat interakcji ludzi w pozycjach władzy i tych od nich zależnych.

W eksperymencie wzięło udział 24 młodych mężczyzn, wybranych na podstawie testów psychologicznych, by jak najbardziej odzwierciedlać “normę” społeczeństwa. Przeprowadzono go w piwnicy wydziału psychologii Uniwersytetu Stanforda, w której urządzono prowizoryczne więzienie. Dwunastu mężczyzn odgrywało role więźniów a dwunastu innych — strażników. Strażnicy zostali wyposażeni w drewniane pałki a ich ubranie upodobniało ich do prawdziwych strażników; nosili także lustrzane okulary, by uniemożliwić kontakt wzrokowy. Więźniowie otrzymali workowate uniformy oraz łańcuch na jedną z nóg.

Odbierzemy im ich indywidualność na różne sposoby. Prowadzi to do poczucia bezsilności. W takiej sytuacji to my będziemy mieli pełnię władzy, a oni nie będą mieli żadnej.

Więźniowie zostali “zatrzymani” w swoich domach pod zarzutem napadu z bronią w ręku. Dzięki pomocy lokalnej policji ich zatrzymanie miało wszelkie pozory fachowości, łącznie ze zdjęciami do kartoteki oraz przeszukaniem. Po pojmaniu więźniowie zostali przetransportowani do więzienia, gdzie umieszczeni zostali w trzyosobowych celach. Ich prywatne rzeczy zostały zatrzymane. Aby wzbudzić w nich uczucie bezradności i odebrać poczucie indywidualności strażnicy zwracali się do nich po numerze, wyszytym na ich uniformie. Zimbardo, w przemowie do strażników, tak opisywał tę sytuację: “Odbierzemy im ich indywidualność na różne sposoby. Prowadzi to do poczucia bezsilności. W takiej sytuacji to my będziemy mieli pełnię władzy, a oni nie będą mieli żadnej.”

Dość szybko sytuacja zaczęła wymykać się spod kontroli. Już w drugim dniu doszło do buntu jednego z więźniów, który odmówił wyjścia z celi na rozkaz strażników. Po stłumieniu buntu przy użyciu gaśnic strażnicy zadecydowali, że trzy osoby na jedną zmianę to za mało, by zapanować nad więźniami i postanowili rozbić ich psychicznie. Utworzyli “uprzywilejowaną celę”, do której przeprowadzili więźniów, którzy nie wzięli udziału w buncie. To jednak okazało się za mało — w geście solidarności ze swoimi towarzyszami uprzywilejowani więźniowie odmawiali jedzenia lepszych posiłków. Po jedynie 36 godzinach jeden z więźniów musiał zostać wypuszczony, ponieważ, jak opisał to Zimbardo, “zaczął wariować” — krzyczał, rzucał się i wydawał się poza wszelką kontrolą.

Strażnicy zmuszali więźniów do powtarzania przypisanych im numerów by ustalić w nich nową tożsamość. Szybko doszło do fizycznego karania więźniów za błędne recytowanie swoich nowych “imion”. Warunki higieniczne pogorszyły się w momencie, w którym strażnicy zaczęli zabraniać więźniom oddawania moczu i kału gdziekolwiek poza kubłami w ich celach oraz zabraniać ich opróżniania w ramach kary. Inne szykany obejmowały zabieranie więźniom materaców i zmuszanie ich do spania na betonie i rozbieranie więźniów do naga. Strażnicy stawali się też coraz bardziej okrutni w miarę trwania eksperymentu.

Stanford prison experiment
Jedna z kar, jakim poddawano więźniów.

Deprawacja nie dotyczyła jednak wyłącznie strażników. Gdy do eksperymentu dołączył jeden z trzech “rezerwowych” więźniów, numer 416, wyraził zaniepokojenie stanem, w jakim przetrzymywani są więźniowie. Strażnicy zareagowali na to jeszcze większym prześladowaniem. Gdy Numer 416 odmówił spożywania posiłków, tłumacząc, że przeprowadza strajk głodowy, strażnicy zamknęli go w szafie i skłonili pozostałych więźniów, aby bili rękoma w jej drzwi. Warunkiem uwolnienia Numeru 416 było oddanie przez pozostałych więźniów swoich koców i spanie wyłącznie na materacach. Oprócz jednej osoby wszyscy więźniowie odmówili.

Po zaledwie sześciu dniach (z zaplanowanych dwóch tygodni) eksperyment został przerwany, kiedy jedna z osób obserwujących go sprzeciwiła się warunkom, w jakich przetrzymywani są więźniowie, które uznała za nieetyczne.

Wnioski wydają się bardzo niepokojące. Dwunastu młodych mężczyzn będących zupełnie normalnymi przedstawicielami społeczeństwa, nieprzejawiających żadnych zaburzeń psychicznych i niesprawiających problemów, w ciągu zaledwie kilku dni przeobraziło się w brutalnych, wręcz sadystycznych, strażników, stosujących przemoc fizyczną i psychiczną wobec swoich bezbronnych ofiar. Dokonała tego jedynie władza, którą mieli nad więźniami i bezmoc, w jakiej ich pogrążyli.

Jeżeli czytając ten tekst myślisz, że nigdy nie dokonałbyś czegoś takiego, być może masz rację. Wiemy dzisiaj, że takich rzeczy należy się wystrzegać, rozumiemy mechanizmy jakie tam zaszły i możemy powstrzymać się od ich powtórzenia, a przynajmniej aktywnie temu przeciwdziałać. Czy udałoby się jednak nie dopuścić do zła w sytuacji, co do której nie możemy dokonać oceny z perspektywy czasu? Nie mamy jeszcze pełnej wiedzy o ludzkiej naturze; w dodatku nie zawsze umiemy zastosować w praktyce to, co już wiemy. W którymś momencie możemy znaleźć się w tym samym miejscu, co ludzie w jednej z piwnic Uniwersytetu Stanforda; możemy być uniesieni z prądem wydarzeń do sytuacji równie patologicznej, co te, w których oni brali udział — nawet bez zdawania sobie z tego sprawy. Moim zdaniem ten eksperyment dowodzi, że zło może popełnić każdy, ty czy ja, ponieważ zło jest domeną wszystkich osób, które znajdą się w odpowiednich okolicznościach.

“Zwykli ludzie”

Prawdziwym przykładem zjawisk, pokazanych w tych wszystkich eksperymentach może być historia 101. policyjnego batalionu rezerwy, pełniącego podczas II wojny światowej rolę mobilnego niemieckiego oddziału egzekucyjnego na terenach wschodniej Polski. Wchodzący w skład niego ludzie wywodzili się w większości z klasy robotniczej Hamburga. Praktycznie wszyscy z nich byli żonaci, a trzy czwarte z nich miało dzieci; przedstawiali obraz zwykłych obywateli Niemiec, którzy zamiast w wojsku zdecydowali się odbyć swoją służbę w policji.

12 lipca 1942 roku, zaledwie trzy tygodnie po przerzuceniu do Polski, oddział dostał pierwszy rozkaz eksterminacji Żydów. Dotyczył on mieszkańców wsi Józefów w ówczesnym powiecie biłgorajskim. 13 lipca rano oddział przewieziono do wsi ciężarówkami. Przed rozpoczęciem akcji dowódca batalionu, major Wilhelm Trapp, wygłosił przemówienie do całej jednostki, w którym ujawnił cel akcji, czyli zebranie wszystkich zdolnych do pracy mężczyzn i zabicie starców, kobiet i dzieci. Za powód eksterminacji podał rzekome wspieranie przez Żydów okolicznych partyzantów. Trapp polecił też wystąpić z szeregu osobom, które nie czuły się na siłach wykonać ten rozkaz; z możliwości tej skorzystało 12 osób.

Była to bardzo brutalna operacja. Niektórzy z policjantów rezygnowali z udziału w egzekucji już po zetknięciu się z nią, inni po dokonaniu pierwszego zabójstwa.

Mieszkańców wioski spędzono na tamtejszy rynek. Starców, inwalidów, niemowlęta oraz osoby stawiające opór rozstrzeliwano na miejscu. Zdolni do pracy mężczyźni zostali zabrani do Lublina, resztę wywieziono do pobliskiego lasu, gdzie dokonano egzekucji. Była to bardzo brutalna operacja. Niektórzy z policjantów rezygnowali z udziału w egzekucji już po zetknięciu się z nią, inni po dokonaniu pierwszego zabójstwa. W celu wzmocnienia morale rozdano alkohol. Po skończeniu głównego zadania przejawiających oznaki życia dobito. Po akcji żołnierze byli wstrząśnięci i złamani psychicznie; radzili sobie z tym nadużywając alkoholu.

Po Józefowie przyszły Łomazy. Nikt nie wycofał się przed akcją, ale też nikt nie mógł się już wycofać. Całą egzekucję wykonano w czasie o połowę krótszym niż w Józefowie. Policjanci nie przeżywali już jej tak bardzo, jak poprzednią; przyzwyczaili się. W następnych miesiącach wykonali jeszcze wiele takich egzekucji. Zaczęły w nich zachodzić zmiany. Lepiej spali, nie spędzali już tyle czasu dochodząc do siebie po każdym wyjeździe. W zimę dostali pozwolenie, aby przyjechały do nich żony. Powrócił im humor; podczas egzekucji opowiadali sobie kawały.

Dlaczego tak mało z nich odmówiło wykonania pierwszego rozkazu? Dlaczego żaden z nich nie próbował wydostać się z jednostki? W jaki sposób doszło do tego, że zwykli ludzie przystosowali się do tak nieludzkiej sytuacji? Współczesna nauka odpowiada nam, że wpłynął na to splot czynników: posłuszeństwo wobec rozkazów, przeniesienie odpowiedzialności z siebie na przełożonych, propaganda, jaką wpojono im podczas szkoleń czy też uważanie Żydów za podludzi. Myślę, że nie wolno też przegapić w ich przypadku tematu tego artykułu — banalności zła. Ci ludzie robili to, co im kazano, co pasowało do obrazu świata, w jakim żyli. Bezwładnie poddawali się okolicznościom.

Świeczki w ciemności

Obraz ludzi, jaki wyłania się z tego tekstu może być przygnębiający. Każdy z nas zdolny jest do okrucieństwa, jeżeli tylko zostanie postawiony w odpowiednich okolicznościach. Każdy z nas mógłby, znalazłszy się przed konsoletą, zaaplikować jakiemuś człowiekowi potencjalnie śmiertelny wstrząs elektryczny, pomimo jego błagań o przestanie. Każdy z nas mógłby stać się brutalnym strażnikiem, wykorzystującym bezradność osób, których ma pilnować.

Zło jest banalne; nie trzeba go chcieć i aktywnie do niego dążyć, nie trzeba starać się, by je popełnić. Wystarczy pewna bezwładność naszych zachowań, poddanie się otoczeniu i zawieszenie krytycznego myślenia, by mogło się stać. To nie fanatycy czy socjopaci pozwolili na powstanie największych tragedii XX wieku, tylko normalni ludzie, działający pod wpływem otoczenia, stworzonego przez innych ludzi. Aby do tego dopuścić nie trzeba robić czegokolwiek.

Czy istnieje sposób na przeciwstawienie się temu zjawisku? Moim zdaniem tak, o czym może świadczyć poniższy przykład.

Tank Man
Nieznany Buntownik z Placu Tiananmen.

Hugh Thompson, pilot śmigłowca, był na locie zwiadowczym wokół My Lai, kiedy zobaczył ciała cywili — dzieci, starców i kobiet — leżące na obszarze całej wioski. Kiedy podleciał bliżej, stał się świadkiem wielu aktów okrucieństwa i zabójstw dokonywanych przez amerykańskich żołnierzy, w tym zabójstwo poddającej się kobiety. Załoga helikoptera postanowiła lądować wysławszy uprzednio kilka wiadomości z prośbami o pomoc medyczną dla poszkodowanych. Thopmson wylądował przy rowie, który okazał się wypełniony ciałami. Kiedy spytał się pobliskiego sierżanta, czy może on pomóc rannym, ten odparł, że może ich co najwyżej dobić. Zszokowany Thopmson próbował zdobyć pomoc od innego żołnierza, ten jednak odpowiedział z kolei, że “wykonuje tylko rozkazy.” Po ponownym wzniesieniu się jego załoga ujrzała, jak jeden z żołnierzy strzela do rowu.

Kiedy Thompson zobaczył, jak do ukrywających się w bunkrze cywilów zbliża się grupa żołnierzy, wylądował pomiędzy nimi i rozkazał załodze, by, w razie gdyby żołnierze zaczęli strzelać do Wietnamczyków, otworzyli ogień do Amerykanów. Thompson poprosił dowódcę tej grupy, by pomogli wydostać cywilów z bunkra i przetransportować ich w bezpieczne miejsce, na co porucznik odpowiedział mu, że “może ich stamtąd wydostać jedynie granatem.” Thompson poprosił go więc, żeby zatrzymał swoich ludzi, po czym sam wydostał z bunkra 14 osób i zaprowadził ich do helikoptera, gdzie przebywał z nimi, kiedy byli ewakuowani w dwóch grupach.

Thompson uratował jeszcze jedną osobę, małą dziewczynkę, wyjmując ją z rowu wypełnionego ciałami. Po powrocie do bazy natychmiast złożył raport swojemu dowódcy, nie wahając się używać takiego słowa jak “morderstwo”. Pomimo początkowej niechęci władz wojskowych do przyznania, że doszło do masowego morderstwa, Thompson został odznaczony Zaszczytnym Krzyżem Lotniczym. Pochwała, którą otrzymał z medalem, mówiła jednakże o uratowaniu dziecka z “intensywnej wymiany ognia”, Thompson wyrzucił więc swoje odznaczenie. Dopiero w 1998 roku medale jego i jego załogi zostały zastąpione Medalami Żołnierza, wyraźnie mówiącymi o ich odwadze w obliczu zachowania własnych żołnierzy.

Istnieje dużo innych przykładów odwagi w obliczu nieludzkiej sytuacji, wielkich i małych, począwszy od Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata, przez ruchy obywatelskie takie jak biorące udział w walce o prawa Czarnych w USA czy też Solidarność w Polsce, aż po Tank Mana, Nieznanego Buntownika z placu Tiananmen. Obecność takich osób w historii udowadnia, że ludzie mogą stanąć przeciw własnej naturze i okolicznościom, jakie na nie narzucono.

Zło jest banalne i bardzo prosto do niego dopuścić, nie jesteśmy jednak wobec niego bezbronni. Najlepszą obroną jaką mamy jest krytyczny umysł, zdolny do analizy własnego postępowania i wystrzegający się pewności, wiedza o własnych słabościach i odwaga, by sprzeciwić się wobec niesprawiedliwości, nawet jeżeli cieszy się ona autorytetem i poparciem większości.

Jedna odpowiedź

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *